okładka książki moje wielkie ruskie wesele
Książka w podróży

Anna Mandes-Tarasov “Moje wielkie ruskie wesele”

Z okładki:

Kiedy Polak poślubia Rosjankę, mówią o nim: szczęściarz! Ale kiedy Polka oddaje rękę Rosjaninowi, nawet takiemu z francuskim paszportem, koleżanki mdleją, urzędniczki sarkają, a w powietrzu wisi słowo: skandal! Co się stanie kiedy w poznaniu przyszłych teściów przeszkodzi deportacja, w weselny catering wmiesza się konflikt zbrojny, a redaktor naczelna zapragnie zrobić ze ślubu temat numeru? Będzie
i śmieszno, i straszno! O tym w powieści Anny Mandes-Tarasov.

 

“Prawdziwa dama zabiera w podróż tyle, ile może unieść… i znajduje mężczyznę, który będzie taszczył resztę”.

 

“Podobno każde miasto ma swój zapach, który pozostaje we wspomnieniach. Dla mnie Paryż pachnie metrem. Nie perfumami Chanel czy Diora, ale właśnie mieszanką wilgotnych murów, rozgrzanych torów, ciepłych podmuchów powietrza i ścierającej się gumy z kół wagoników. Zapach bardziej prawdziwy niż syntetyczna woń wyszukanych perfum czy przesłodzony aromat magdalenek. Tak pachniało życie w wielkim  mieście. Metrem”.

 

“Kościół Saint-Germain-des-Pres zbudowano w XIII wieku, w tych czasach w moich rodzinnych stronach plany budowlane miały co najwyżej bobry”.

 

„Proszę księdza, chcemy się pobrać – zaczęłam konkretnie – Tyle że narzeczony jest cudzoziemcem i w dodatku prawosławnym. Ksiądz załamał ręce i pokiwał dobrodusznie
w geście „cóż robić”.
-To jest moje świadectwo chrztu, zaświadczenie od bierzmowania, świadectwo maturalne
z oceną z religii… – Misza z przerażeniem patrzył, jak wyciągam kolejne dokumenty.
– A poświadczenie o dobrym prowadzeniu się od komitetu blokowego masz?
– zapytał mnie narzeczony, a ksiądz udał, że nie rozumie nawet słowa po rosyjsku”.

 

„Misza do nauki języka podchodził inaczej niż ja, bardziej metodycznie. Zaczął od zakupionego w Paryżu francuskiego samouczka „Polski w 100 dni”, który rozbawił mnie do łez zdaniami w stylu: „Panna Kasia jest bardzo dobrze wychowana” czy „Pamiętasz, o której włożyliśmy ciasto do pieca?” oraz przezabawną historyjką o tym jak jeden Polak uświadamia drugiemu, że jak się pije wódkę, to nie ma się robaków. Po 100 dniach i marnych rezultatach, mój narzeczony zmienił strategię i postanowił szlifować język poprzez literaturę. Co może byłoby i dobrym sposobem, tyle że trudno nauczyć się współczesnego polskiego, przydatnego w sklepie czy w knajpie, z Trylogii Sienkiewicza. Przerobiliśmy już, co to jest kontusz, buława, żupan, pohybel oraz warsztatowo wyjaśniliśmy znaczenie słowa chędożyć. A teraz ta okowita”.

 

„Pocieszające było tylko jedno. Nieważne, na jakie szaleństwo się w życiu zdecydujesz, możesz być pewnym, że ktoś już takie głupstwo popełnił wcześniej i przetarł ci szlak.
Jak mawiała moja babcia”.

 

„Mężczyźni żyją u nas średnio, gdzieś tak 15 lat krócej, umierają sobie beztrosko i zostawiają wszystko na głowie kobiety”.

 

„-To kapary – stwierdziłam ze zdziwieniem.
– O, to to… kapersy. Bez kapersów solanka to nie solanka, tylko wasza ogórkowa. Mój tata dodaje jeszcze trochę śmietany i posiekany piszczorek – od czasu do czasu mój Rosjanin próbował wstawiać zdeformowane polskie słówka, nieodmiennie poprawiając mi humor.
-Posiekany szczypiorek – poprawiłam. Jeżeli ja przekręcam rosyjski jak Misza polski,
to czeka mnie niezła kompromitacja przed przyszłymi teściami”.

 

„Kiedy przyjeżdża się w obce miejsce, widzi się wyraźniej. Jest się turystą, uważnym oglądaczem, który ma ciekawość i czas, by dostrzec wszystko. Podróżnik ma odwagę, by zadawać najgłupsze pytania. Tylko ten, kto jest chwilowym gościem, potrafi dziwić się temu, co wszyscy miejscowi już dawno uznali za oczywiste. On nie akceptuje, nie rozumie, że tak musi być. Na własnych ulicach człowiek nie jest tak dociekliwy. Ważne jest dokądś dojść, zdążyć na autobus, zrobić zakupy w sklepie. Dziwny świat zauważasz tylko u innych.
U siebie przecież głównie żyjesz, nie obserwujesz. Wydawało się, że kolejowy krajobraz w odcieniu pistacjowych lodów zastanawiał tylko mnie”.

 

„Z perspektywy paszczy windy spojrzałam jeszcze raz na patchworkowe żółte ściany rozpaczy, wśród wydrapanych na nich napisów szukałam wyrytego: „Tu byłem. Wiktor Bater”. Jeśli rzeczywiście gdzieś w Rosji jest jądro ciemności, to na blokowej klatce schodowej ma swoją główną kwaterę”.

 

„Bulion smakował jakby kura z niego uciekła, a łosoś spieczony na wiór, żeby na pewno nie był surowy, z trudem dawał się przełknąć. Przynajmniej nie będę słuchała, że nikt nie umie gotować tak dobrze jak mamusia, pomyślałam z ulgą”.

 

„Moskwa to nie Paryż. W niej nie sposób zakochać się od pierwszego wejrzenia. Przeraża ogromem i przestrzenią, przytłacza architekturą i kolorami. A jeśli nawet jakiś przyjezdny
się uprze i zachwyci tym miastem, to zwykle jest to uczucie jednostronne. Moskwa nie lubi turystów. Jest niczym kapryśna kobieta nie do zdobycia. Zmusza swych wielbicieli do pokonywania ogromnych odległości, gnania w górę i w dół po nieskończenie długich ruchomych schodach metra, wciska do podziemnych przejść pod sześciopasmowymi ulicami. Ale tak jak piękna kobieta spotkana raz, nie da o sobie zapomnieć już nigdy”.

 

-Poproszę ser. Nie ten, ten tam na dole – powiedział klient tuż przed nami.
-A dlaczego nie możecie wziąć tego? Tamtego ze spodu nie sposób wydostać
– odpowiedziała złowrogo ekspedientka.
-Ale ja chcę tamten.
-A co wy się tak upieracie? Ten też jest dobry, mówię Wam. Szwajcarski.
-Ale ja chcę tamten. Holenderski.
-A jaka wam różnica, szwajcarski czy holenderski?
Co wy, gadać z tym serem będziecie czy go jeść?
My wzięliśmy tylko wodę, było nam obojętne z gazem czy bez.

 

Mój tata z Feliksem nadal rozmawiali w swoich językach, stosując się do uniwersalnej zasady, że jak ktoś nie rozumie, to trzeba mówić głośniej.

 

Moskwa to nie Europa, ale jeśli ktoś wybiera się do stolicy Rosji, bo chce zwiedzić Wschód, może się bardzo zawieść. Wschód przejeżdża się najwyraźniej jakoś niepostrzeżenie, jadąc
z Warszawy do Moskwy. Zapewne leży sobie przyczajony gdzieś na odcinku między Mińskiej
a Smoleńskiem. Moskwa to już Ameryka. Tu sklepy pracują dwadzieścia cztery godziny na dobę, siedem dni w tygodniu. Luksusowe butiki, restauracje w których można zostawić małą fortunę, szalone nocne kluby, sześciogwiazdkowe hotele i limuzyny Hummer długości tramwaju. Moskwa miasto, które nigdy nie zasypia, bo bezustannie stoi w korku.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *