Bolonia zwiedzanie na czerwono, uczono i tłusto cz1

Pierwsze spotkanie z Bolonią opisałam w relacji Bolonia zwiedzanie wieczorową porą. Przyszła pora na ciąg dalszy.

Prognoza pogody przewidywała na dzisiaj mały deszczyk. Na szczęście w Bolonii nie jest on żadnym problemem. Miasto słynie z dziesiątek kilometrów arkad, dzięki którym można je spokojnie zwiedzać bez parasola. Takie miasto na niepogodę w którym nigdy nie zmokniesz.

Przechodzimy przez Porta Galliera, jedną z 12 bram miejskich, wyznaczających granice historycznego centrum miasta. W świetle dnia wszystko wygląda inaczej. Nie raz przekonałam się, że zobaczyć miasto za dnia i w nocy, to tak jakby zobaczyć dwa różne miasta. Wszechobecne arkady są znakiem rozpoznawczym. Pod nimi toczy się codzienne życie mieszkańców. To one zakręciły mną jak dziecięcym bączkiem i wciągnęły w wir przyjemności, za co jestem im wdzięczna całego serca.

Miasto opisywane jest trzema przymiotnikami: la dotta (uczona); la rossa (czerwona) i la grassa (tłusta). Podczas podróży dotkniemy wszystkich trzech, ale najpierw czas na zrzucenie plecaków. Do rozpoczęcia doby hotelowej jeszcze daleko, ale może pozwolą nam zostawić bagaż. Bez problemów pozwalają i pokazują pokój. Widok z okna nie pozostawia wątpliwości. Bolonia jest zdecydowanie la rossa.

Kroki po raz kolejny kierujemy na Piazza Maggiore, symboliczne serce miasta. Neptun niezmiennie na posterunku, chociaż w promieniach słońca wygląda jakby łagodniej.

Wchodzimy do Palazzo d’Accursio, gdzie obecnie mieści się ratusz. Wewnątrz przygotowania do ślubu cywilnego. Super, wmieszamy się w tłum i może uda nam się zobaczyć więcej. Przechodzimy przez dziedziniec i długimi schodami docieramy na pierwsze piętro. Jedna z sal stoi otworem. Wchodzimy.

Na środku Sali Rady Miasta zabłąkani, zapatrzeni w siebie i zakochani goście weselni. Spoglądam na wyjątkowy sufit malowany w drugiej połowie XVII wieku, żyrandol, rzeźby. Wszystko na nic, bo wiem, że z całej sali i tak zapamiętam zakochanych 🙂 

W budynku jest naprawdę bardzo dużo osób. Doliczyliśmy się aż trzech młodych par. Goście weselni wychodzą z każdego kąta. Trzeba stąd zmykać. Wspinamy się szybko na drugie piętro by zobaczyć Sala Farnese i opuszczamy mury zacnego palazzo.

Z Piazza della Mercanzia – serca dzielnicy handlowej docieramy do Mercato di Mezzo. Stoiska targowe ciągną się wzdłuż wąskiej ulicy. Owoce, warzywa, ułożone na podwyższeniach z palet, kuszą smakami i barwami. Tym razem nie ulegamy.

Zaglądamy natomiast do najstarszej gospody w Bolonii – Osteria del Sole w której od 1486 roku, nieprzerwanie, funkcjonuje sklep z winami. Wnętrze urządzone najprościej jak tylko można, długie drewniane stoły, zwykłe krzesła. Całość nie pierwszej młodości, ale w tym cały urok i klimat.

Na ścianach masa zdjęć i rysunków o różnej tematyce. Są portrety, widoczki, laurki, czarno-białe i w kolorze. Knajpka z rodzaju tych, które każdego przygarną, ciepełkiem otulą i szybko o sobie zapomnieć nie dadzą. Przypadła nam od razu do gustu. Zadowoleni, że tak szybko znaleźliśmy miejsce w którym spędzimy wieczór, daliśmy się prowadzić arkadom w dalszą drogę.

Wracamy do Dwóch Wież i skręcamy w Strada Maggiore, ulicę przy której znajdują się okazałe budowle mieszkalne. To właśnie tutaj mieści się dom Rossiniego i, jakżeby inaczej, Muzeum Muzyki. Zaglądamy na dziedziniec muzeum, który według przewodnika, ma nas zachwycić freskami i być jednym z najbardziej zachwycających miejsc w mieście. Daliśmy się nabrać. Naprawdę nie warto się trudzić, by to zobaczyć. Jedno wielkie rozczarowanie. Zdjęcia w Internecie są tak odległe od rzeczywistości jak Ziemia od Księżyca. Cóż począć i tak bywa

Warto natomiast iść dalej aż do kościoła Santa Maria dei Servi, a potem koniecznie na włoską kawę do jednej z dziesiątek kawiarenek. Nasz wybór padł na malutką knajpkę Jazz Food. Klimat, klimat i jeszcze raz klimat. I ten smak włoskiej kawy, i ta pozytywna energia, która daje o sobie znać na każdym kroku. Ummm jak cudownie. Takich chwil trzeba mi jak najwięcej. O słodka Italio, o dolce far niente…

O rozkoszy włoskiej kawy napiszę więcej w relacji z Florencji, bo to właśnie tam zafascynowało mnie ten codzienny rytuał.

Ciąg dalszy nastąpi…

4 comments

    • To w takim razie będzie po Bolonii. A może wymieszam te dwa miasta 🙂 W sumie to dobry pomysł – włoskie słońce w czasie polskiej zimy.

  1. Z Bolonii mam jedne z lepszych włoskich wspomnień. Dobrze, że je przywołałaś.
    A na „kawowy odcinek” czekam niecierpliwie, bo przy wypijanych dziennie 7-8 filiżankach kawy, zawsze chętnie czytam o niej.

    • Zawsze się śmieję, że Włosi piją kawę z naparstka 🙂 Filiżanka to dla mnie też za mało, ale gdy przeleję kawę z moich kubków do filiżanek to wyjdzie podoba ilość.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *