Książka w podróży

Mariusz Szczygieł – Laska nebeska

Z okładki – „Po co wymyślono Czechów?” pyta Mariusz Szczygieł i odpowiada: „Żeby wprowadzić Polaków w dobry nastrój”. Reporter „Gazety Wyborczej”, czechofil, autor przełożonych na kilkanaście języków książek „Gottland” i „Zrób sobie raj”, a w „Lasce nebeskiej” ujawnia twarz felietonisty. Są to wycieczki z czeskiej literatury do życia. „Z książek – przyznaje – zapamiętuję tylko pojedyncze zdania i potem zaczynają one żyć w mojej głowie własnym życiem”.

 

Było to wiosną 2000 roku i wszystko co przeżywałem w Pradze, było po raz pierwszy. Także pierwszy koncert jazzowy, w klubie U Stare Pani, gdzie z recitalem wystąpiła prawdziwa stara pani – Vlasta Pruchova. Miała wtedy 74 lata, zmarła sześć lat później. Śpiewała głosem murzyna z Nowego Orleanu, ale subtelnie. W jej głosie słychać było całe jej życie. Kiedy zaśpiewała „Cry Me a River”, postanowiłem, że wykonanie tej piosenki przez wokalistkę przed siedemdziesiątką od tego momentu będę uznawał za przestępstwo (Michaela Buble i Dianę Krall już trzymam w moim więzieniu). Powiedziała mi (trzy lata później, gdy już mówiłem po czesku), że jej głos brzmi tak od papierosów.
-A dużo pani paliła? – spytałem głupio, bo nie wiedziałem, co powiedzieć. Skoro od papierosów, to musiała dużo palić.
-W ogóle nie paliłam – odparła. – To od papierosów, których nigdy nie paliłam. Śpiewałam w strasznie zadymionych klubach w Chicago.

 

Człowiek jest w o wiele lepszym położeniu, gdy siedzi w drewnianej ruderze, w której się wszyscy śmieją, niż gdy tkwi w trzypiętrowej willi , w której wszyscy płaczą. Szczery śmiech jest też więcej wart niż wszelkie gadanie o demokracji. Dlatego, że śmiech sprawia, że człowiek jest o wiele bardziej wolny. Poza tym śmiech jest naszym oparciem i daje nam przewagę nad głupotą. Człowiek, który potrafi się śmiać również sam z siebie, jest w jeszcze lepszej sytuacji.

 

Kiedyś ludzie tak się nie spieszyli i mieli dla siebie więcej czasu. Brak pośpiechu się celebrowało, a gdy ludzie mijali się na ulicy, umieli się jeszcze sobie kłaniać. Wyszukuję to, co było kiedyś, i cieszę się z radości odkrywania tych przelotnych, ale pięknych i wesołych chwil, które próbuję na obrazkach przekazać innym.

 

Życie jest darem, a czasem jest nie najlepszą wizytówką człowieka. Wtedy gdy tego życia nie szanuje. Swoimi zwyczajnymi obrazkami staram się zwracać do ludzi: „Ludzie zatrzymajcie się! Przecież to jesteście wy, to wy się tak zachowujecie, to wy uganiacie się za czymś nieważnym. Ja chcę wam tylko sprawić radość”.

 

Każdy człowiek będzie potworem, trzeba tylko dać mu szansę.

 

Jak państwo widzą, z honorem sprawa nie jest prosta. Nawet broniąc własnego, bardzo łatwo podeptać cudzy. A może o to właśnie chodzi?

 

Umieć się cieszyć. Ze wszystkiego. Nie oczekiwać, że w przyszłości zdarzy się coś, co będzie prawdziwe. Możliwe bowiem, że prawdziwe przychodzi właśnie teraz, a w przyszłości nic piękniejszego już nie nadejdzie” – zanotowałem sobie cytat ze ściany z fotografiami, bo najlepiej oddaje on ducha czeskiej literatury. Pomyślałem też, że najbardziej antydepresyjną książkę świata mógł napisać tylko więzień depresji.

 

Z naprzeciwka szła pani po pięćdziesiątce w czarnym skórzanym płaszczu, pchając dziecięcy wózek. -Dzień dobry – powitała mnie. Odpowiedziałem tym samym i poszedłem dalej. Jednak jej dziwne zachowanie nie dawało mi spokoju, postanowiłem więc zawrócić.
-Przepraszam, ale dlaczego powiedziała mi pani „Dzień dobry”?
-Dlatego, że nie jestem tutejsza – odparła.
-Naprawdę? – spytałem zbity z tropu.
-Przyjechałam rano z Pragi do córki i zięcia – wyjaśniła rzeczowo.
-No ale skoro pani nie jest tutejsza – nie dawałem za wygraną – to po co mówi pani ludziom „Dzień dobry”?
-No bo ja właśnie chcę być tutejsza.

 

To było już po dowcipie, który dobrze ilustruje każdą epokę. (Facet wymiotuje na placu Wacława w Pradze pod samym pomnikiem świętego. Wymiotuje, wymiotuje, a drugi gość patrzy na niego zachwycony. Tamten skończył rzygać, wtedy ten zachwycony podchodzi, podaje mu rękę i mówi w uniesieniu: „Chciałem tylko powiedzieć, że ja się z panem bardzo, ale to bardzo zgadzam!”).

 

Chciałem przytoczyć napis z podziemnego plakatu, który w latach 80. poświęcono jednemu z najbardziej represjonowanych w CSRS antykomunistów (Ivanowi Martinowi Jirousowi). Kiedy siedział w najcięższym więzieniu , koledzy z wolności poprosili, żeby w grypsie napisał jedno zdanie, które miałoby widnieć na plakacie. I Państwo sobie wyobrażą, nie napisał nic o ojczyźnie, nic o złym komunizmie, walce.
Napisał: „Ważne, aby nie znikła radość”.

 

Chciałem pochwalić się nowymi odkryciami. Dostałem od przyjaciela album o czechosłowackim i polskim plakacie filmowym, gdzie film „Sklep przy głównej ulicy” na polskim plakacie to „dramat psychologiczny”, na czechosłowackim – „tragikomedia”. Film „Miłość blondynki” polski plakat określa jako „słynny dramat psychologiczny”, plakat czechosłowacki – jako „komedię filmową”. Plakat do filmu „Morgiana” Juraja Herza w czechosłowackiej wersji ma kobietę roześmianą, a w polskiej – przerażoną, z trupią czaszką na głowie.

 

Dziesięć lat temu pan Krzysztof Zajdel, nauczyciel z Wilkszyna, dostał od urzędującego prezydenta Havla przepis na kurczaka. Postanowił wydać książkę „101 potraw znanych osobistości z Polski i ze świata” i zaczął pisać do różnych sław. „Sam pan wie, jak to jest, kiedy pisze ktoś z wiejskiej szkółki do osoby znanej” – wyznał, kiedy poprosiłem o szczegóły. „Napisałem do prezydenta Rosji, Ukrainy, Białorusi, bo moim marzeniem było pokazanie, że jesteśmy normalnymi ludźmi, że przy stole wszyscy mogą usiąść. Z tych osób jednie prezydent Czech mi odpisał. Taki np. już nie prezydent, ale znany aktor Pierce Brosman odpisał (to znaczy jakiś jego sekretarz), że mogę kupić koszulkę z jego portretem lub zdjęcie (za zakąś znaczną kwotę), a autograf aktora dostanę w specjalistycznych sklepach”.

 

Rozmawiałem z kilkoma polskimi ekspatami, którzy bardzo się starali, by korporacje przeniosły ich z Londynu, Moskwy czy Nowego Jorku, właśnie do Pragi. – Bo w tej Pradze – przekonywali – jest jakoś swojsko i prowincjonalnie. Na przykład na klatkach schodowych człowiek czuje się sympatycznie, bo wszyscy jak w małym miasteczku mówią sobie „Dzień dobry”. Nawet gdy się nie znają. Pomieszkiwałem w Pradze w 17 mieszkaniach (na stałe mieszkam w Warszawie). Rzeczywiście wszędzie każdy mi mówił „Dzień dobry” jako pierwszy. I staruszki, które nie rozpoznawały mojej twarzy, i nawet wyrostki z opuszczonym krokiem, które sprawiały wrażenie, jakby „Dzień dobry” nie należało do ich języka, ale do któregoś z azjatyckich. A jednak nie, „Dobry den…” wyrzucali spod kapturów. Wciąż nie wiem gdzie jest źródło tego zachowania. U nas w Warszawie, „Dzień dobry” na klatce schodowej powie może co drugi człowiek, i to tylko wtedy, gdy się osobiście znamy.

 

Chciałem tylko pokazać, że jeden „pan” czuje się jak „nadpan” i uważa, że zwalnia go to z uprzejmości. I wtedy to już nie pan, tylko cham. Jak zauważyła pani Zofia Grzelak, poziom mówienia „Dzień dobry” w Czechach świadczy o tym, że nie trzeba arystokracji, żeby ludzie byli dobrze wychowani.

 

Księżom katolickim zakazałbym wygłaszania kazań, ponieważ coś, co mnie najbardziej wkurwia , to jest interpretacja czytanej przed chwilą Ewangelii, kiedy ksiądz pół godziny wyjaśnia tym głupim owieczkom, co to wszystko znaczy. Przecież tym umniejsza się Ewangeliom i ewangelistom, którzy napisali je tak kretyńsko, że musowo teraz jakiś typ z Litomierzyc musi wyjaśniać to wiernym.

 

Można w to wątpić. Można się z tym nie zgadzać, ale to jedyne, co przeciwko temu da się zrobić”.

 

Autorem zdjęcia jest pan Krzysztof Dubiel.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *