Nikiszowiec Nikisz śląski ewenement na światową skalę

Zabiorę Cię dzisiaj do najbardziej niezwykłej dzielnicy Katowic gdzie czas zatrzymał się sto lat temu, a ludzie żyją tu niczym jedna wielka rodzina. Górnicze osiedle Nikiszowiec. Wygląda jak otoczone murami miasteczko zbudowane z charakterystycznej cegły „klinkierki” (na Ślonsku nikt nie godo cegła klinkierowa :-)).

Powstało w latach 1908-1919 oraz 1920-1924, w czasach kiedy przy hutach i kopalniach budowano osiedla dla pracowników. Na „Nikiszu” życie toczyło się wokół kopalni Giesche, obecnie KWK Wieczorek.

Osiedle z założenia miało być samowystarczalne. I było. Oprócz domów wybudowano sklepy, szkołę, kościół, gospodę, pralnię, zakładowy dom kultury. Wszystko na miejscu bez konieczności wyjeżdżania gdzieś dalej. Takie warunki sprzyjały integracji. Niemal wszyscy robili na grubie (pracowali na kopalni), znali się, mieli podobne zainteresowania i styl życia. Podobno gdy ktoś szedł do sklepu nie mówił „idę do sklepu” tylko „idę do Lidzi”, bo tak nazywała się jego kierowniczka. Fajnie prawda?

Nie pamiętam ile razy byłam na Nikiszu. Ostatnio tydzień temu z koleżanką, która podobnie jak ja lubi klimat i aurę tego miejsca. Raz udało mi się nawet załapać na zwiedzanie z przewodnikiem – jednym z malarzy Grupy Janowskiej. Bardzo miło wspominam tę wspólną wędrówkę. Dowiedziałam się wielu ciekawych rzeczy m.in. dlaczego na Śląsku malowano okna na czerwono. Swego czasu wymyślałam wiele teorii, a rozwiązanie zagadki okazało się banalne – tylko taki kolor farby górnicy mogli zdobyć za darmo w kopalni.

Początkowo osoba niewtajemniczona może poczuć się na Nikiszu niepewnie. Wszystkie domy, bramy i uliczki wyglądają identycznie. Na co zwrócić uwagę podczas spaceru?

Pierwsza ciekawostka dotyczy wejść do klatek schodowych. Nie ma dwóch identycznych! Nie uwierzyłam. Sprawdziłam i faktycznie każde ze 126 wejść wyróżnia się odmiennym obramowaniem drzwi, chociaż na pierwszy rzut oka wyglądają tak samo.

Poza oprawą wejść do klatek schodowych warto przyjrzeć się dokładnie bramom i wykuszom (mają różne kształty i zdobienia) i koniecznie, koniecznie zajrzeć na wewnętrzne podwórka. Dawniej znajdowały się tu komórki oraz piece do pieczenia chleba i ciasta. Po latach zastąpiono je ogródkami kwiatowymi, mini placami zabaw, ławeczkami. W letni dzień można natknąć się na sąsiedzkie pogaduszki pod chmurką z wystawionymi na zewnątrz fotelami i stoliczkiem. Naprawdę!

Na Nikiszowcu wszystkie drogi prowadzą na centralny plac gdzie wznosi się kościół św. Anny – ulubiona budowla mieszkańców, fotografów i malarzy. We wnętrzu kościoła zachowała się większość elementów jego pierwotnego wystroju. Szczególnie cenne są 75-głosowe organy posiadające aż 5350 piszczałek. Mnie niezmiennie zachwyca fasada kościoła i to w jaki sposób przedstawiła go Semy Culam na swoim obrazie.

Nikiszowiec na szczęście nie upodobnił się do typowych śląskich „familoków”. Trzypiętrowe bloki zamknięto w wieloboki o różnym kształcie i wielkości. Architektom z Charlottenburga naprawdę udało się nadać osiedlu interesujący kształt (czy Tobie też przypomina serce z odłamanym bokiem?).

Niegdyś wizytówką Nikiszowca była kolejka wąskotorowa nazywana powszechnie „Balkan”, którą przewożono węgiel z szybów kopalnianych do pobliskich hut. Część kolejki służyła do przewozu pracowników kopalni i ich rodzin. Po jakimś czasie korzystali z niej wszyscy mieszkańcy – codziennie od 8000 do 8500 osób. Długość trasy wynosiła prawie cztery kilometry. Kolejka przy średniej prędkości 18 km/h pokonywała ją w osiemnaście minut. Jeździła co godzinę i nigdy się nie spóźniała! Ostatni kurs Balkana miał miejsce 31 grudnia 1977 roku.

Ach gdyby tak można było uruchomić Balkana i ruszyć nim na spotkanie z przeszłością…

W Internecie znalazłam niepodpisany wierszyk o kolejce.

Jeździł „Balkan” po Nikiszu
Mało kto dziś o Nim słyszoł
Na Giszowcu broł początek
Jeździł co dziyń, świątek, piątek
Kurs mioł nawet i w sobota
Bo na Grubie jest robota
Woził ludzi do Kościołow
Kiedy dzwon na suma wołoł
Woził łojców, synów, matki
I we wozkach małe dziatki
Urzyndniki niy gardzili
I tyż dupa nim wozili.
Do Szopynic, w drugo strona
Ze starzykiem jakoś oma.
Mioł wagonow aż dwanoście
„Grubo Zośka” na pomoście
A ciangnyła go maszynka
Bo po wonskich jeździł szynkach.
I nie było nigdy nyndzy,
Bo łon woził bez piniedzy.
Ławki w środku były z drzewa
Bo nom wygód tu nie trzeba
Potym przyszły „urzędasy”
Powiedzieli – „Inne czasy”
Szast, prast i do likwidacji
Smutno było przy kolacji.

… no i się rozmarzyłam. Może znajdzie się ktoś z nadmiarem gotówki, pomysł czeka.

Powyższe zdjęcie przedstawia dwa odrestaurowane wagoniki kolejki Balkan tuż przy Szybie Pułaski KWK „Wieczorek”.

Obok wagoników stoją trzy kamienie przypominające wyglądem płyty nagrobne. To kamienie graniczne. Dawniej spełniały bardzo ważną rolę – wyznaczały narożniki pola górniczego. Drążąc chodniki pod ziemią górnicy przestrzegali granicy tych pól z dokładnością do kilku centymetrów.

Kamienie miały określony wymiar, kształt, sposób oznakowania i mocowania. Wykuwano na nich: skrót nazwy kopalni, datę ustawienia kamienia w terenie i emblemat górniczy czyli tzw. kuplę (skrzyżowane młotki górnicze-pyrlik i żelazko).

A tak przy okazji – kamienie stosowano także do oznaczania granic miejscowości i gmin. Do dzisiaj można odnaleźć je w śląskich lasach czy innych nietypowych miejscach. Prawdziwa historia zaklęta w kamieniu.

Typowy śląski obiad na Nikiszowcu.

Po dniu pełnym wrażeń trzeba się posilić. Znasz kulinarne śląskie trio? Nie?

Zatem zapraszam do restauracji „Sitg” na tradycyjny ślonski łobiod czyli kluski, rolada i modro kapusta. Mmm, smaki dzieciństwa. Polecam. Nie jest może najtaniej (30zł bez płynów), ale smacznie i z klimatem. W Sitgu czas również się zatrzymał tyle, że na latach 80-tych (dotyczy wyłącznie wyposażenia. Pani kelnerka jest miła i uśmiechnięta, szmatą po pysku nie leje :-)).

Typowy niedzielny śląski obiad

Dobry deser zjesz w Byfyju, a jeżeli pragniesz ekstremalnych wrażeń polecam „Galerię Riksza”. Pub połączony z mini targiem staroci. Na podwórku i w środku tysiące rzeczy (hasie, szkło i bele co), a pomiędzy nimi miejscówki do jedzenia. Wybór niewielki, ale takiego klimatu próżno szukać na całym Górnym Śląsku, no i można zamówić wodzionkę*! Przybywaj gibko. Oj bydzie sie działo!

* wodzionka to taka zupa bieda. Nie spodziewaj się seksownej, skąpo ubranej pani podającej oranżadę 🙂

 

 

 

 

2 comments

  1. Buhahaha To ja nie wiedziałam, że ty tak ładnie śląskim operujesz. Coś czuję, że my bliżej siebie mieszkamy, niż obstawiałam. Byłam nie raz w Katowicach, ale oczywiście w tak znanym miejscu i do tego lubianym przez fotografów to jeszcze nie byłam. buahaha Kolejką taka starodawną to bym się przejechała. Cała gama pasji jest w tym poście, mega klimatyczne zdjęcia. Dziękuje za miło spędzony czas. Uściski wielkie. Przyjemnego weekendu. :))))

    • Aguś ja pochodzę z Katowic. Obecnie mieszkam na Mazowszu (wywiało mnie jakiś czas temu :-)). Śląskim chciałabym ładnie operować. Dużo rozumiem, dobrze naśladuję intonację, a z samą godką średnio. Szkoda, że w szkołach nie uczą gwary. Według mnie to błąd. Bierz Sylwię i jeździe na Nikisz. Z Katowic jeździ autobus 109. Tuż obok (jeden przystanek wcześniej trzeba wysiąść, można też spokojnie przejść na piechotę) jest galeria Szyb Wilson. Polecam. Jeszcze będę o niej pisała. Uściski wielkie ode mnie!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *